sobota, 25 grudnia 2010

why so serious man, why


Trochę tu jakby cienko.


Święta, święta i po świętach. No dobra, niekoniecznie, ale przynajmniej dla mnie, bo na tydzień przed Bożym Narodzeniem moi rodzice stwierdzili, że zachorują, co też z niezwykłą gorliwością uczynili, i teraz leżą sobie i dogorywają, a ja i psy jesteśmy jedynymi zdrowymi stworzeniami w tym domu. No tak, są jeszcze roztocza, ale ich nie liczę z racji niemożności nawiązania z nimi rozmowy.

Ostatnio doskonale udawałam, że liczą się dla mnie inni, ale teraz to sobię odbiję. Tak delikatnie, bo ochota na powigilijne jojczenie przeszła mi wraz z wyjściem z taksówki. Kurka, co roku wracamy wcześniej, jeszcze chwila, a wrócimy o dwunastej... Acz.

Dostałam trzy książki (w tym jedna historyczna). I bluzeczkę. A na początku stycznia omawiamy Krzyżaków. A ja nawet nie jestem w połowie pierwszego tomu. Ech, czemu to nie jest takie fajne, jak Chmielewska? Albo Białołęcka? Lepiej by się czytało.

W każdym razie, tymczasowo zrezygnowałam z czytania na rzecz kolorowania (sami przyznajcie, że to drugie szło mi lepiej) i po raz kolejny chyba reklamuję swoją galerię na dA - klik. Przy okazji odświeżyłam moje konto na Last.fm. Ludzie, jak to wciąga! Przez trzy godziny siedziałam i nabijałam sobie listę... Jak na mnie, klasycznie - MJ, trochę aktualnych gwiazd plus trochę j-popu. Enyłej, jestem tutaj i śmiało można mnie friendować.
Klapa od sedesu ostatnimi czasy się chybotała, więc tata ją przykręcił. Chyba troszkę za mocno - za każdym razem, kiedy ją otwieram, zawiasy wydają taki dźwięk, że strach się bać. Poza tym... poza tym dostałam nowe słuchawki, o takie mniej więcej. Wrażenia? Mieszane. Z jednej strony cudnie słychać basy (przy "Billie Jean" się rozpłynęłam), ale z drugiej, cholernie są niewygodne. No i mają obudowę częściowo plastikową, częściowo metalową.

Z zapowiadanego Conotkowego Polecacza wyszło jedno, wielkie nic, więc przydałoby się ruszyć główką i coś wymyślić. A proszę bardzo - fikowo, bo fikowo, ale I będę pamiętać Ai-chan. Absolutnie przeurocze. Niby zwyczajne rozmowy, ale jednak mają to coś. Przy czym Kevin nie jest emo, ma historię, uczucia. No ojej po prostu.

A, tak. Wyszły skanlacje, to mogę zabrać się za wrażenia z 56 rozdziału Pandora Hearts. Wyjątkowo niska dawka spoilerów, oprócz tego, który jest tak oczywisty, że niemal nie jest spoilerem.
Mowa oczywiście o Reimie.

Który ŻYJE.
Szok, nie?

A to jeszcze nie wszystko, bo widocznie Jun pomyślała, że tak wesoło być nie może i ubiła Fanga. Tak, to ten Baskerville, co dostał po łbie od Lotti, że ją brzydko narysował. Szkoda trochę, w sumie nawet go lubiłam, a sama scena śmierci... No... smutna była.

W tym rozdziale znowu mamy trochę głupkowatych scen Gilbert/Break (nie wiem, czemu ci fani tak się uwzięli na ten pairing), na przykład taką, w której Gil podczas no, załóżmy, że opatrywania Breaka maca go po brzuchu. Parę stron potem tamten się odpłaca i wodorost dostaje w dupsko. Mieczem. No dobra, to już nie było głupkowate, tylko kwikaśne. Aaale. AAAALE. Pominąwszy kilkanaście stron bieganiny - ceremonia pociachania Leo i Alicji już blisko, uihihihihi~! A nie, wróć, to Yuri kwestia jest. Ludzie, jaki on nieestetyczny. Nie dość, że to, to jeszcze molestuje Oza - dotąd mi wisiał i powiewał, ale zrobił się irytujący. No więc na widok Yury niosącego Alicję (która wyglądała, jakby ją zgwałcił) Oz zrobił "ALICE!!!!!!!!!!!1111oneoneeleven", a pozostali zrobili "wtf?". Potem z wściekłości zaliczył powerupa, który objawia się u niego czerwonymi oczkami. Wszyscy obecni ponownie zrobili wtf, a Vincent wykazał się myśleniem i w tychże myślach stwierdził "Oz ma czerwone oczy!". NO CO TY.
A potem się okazuje, że, uwaga niespodzianka, ta brzydka pani z kultu to mamusia Eliotta. Rodziny się nie wybiera, ale srsly, współczucie desu.
Ja chcę Rufusa w przyszłym rozdziale. Mogę, mogę, ładnieproszę? I ja wcale nie zdradzam mojego hasbendo (no, może troszkę), on po prostu jest estetyczniejszy od Yury. Hej, przy Yurze nawet Leo jest gorącym bizonem, z którego wylewia się seks, więc toniemojawina...

Wyszedł pierwszy odcinek Sta[gwiazdka]Ska, yay!



no co.

W jednym wielkim skrócie: Męska, astronomiczna Mała Syrenka.
W mniejszym skrócie: Hm.

Gdy Ęri był mały, spotkał uroczą dziewuszkę, która tak jak on lubiła patrzeć w gwiazdy. Byłoby uroczo, gdyby nie to, że jako siedemnastoletni chłop wciąż o niej pamięta i chce się z nią spotkać. W tym celu rezygnuje ze swojego największego marzenia - wyjechania z rodzicami na badania astronomiczne - i zapisuje się do japońskiej szkoły, do której uczęszcza też jego znajoma z dzieciństwa. Tyle że ta znajoma wcale go nie pamięta... Czy chłopak odkryje swoją gejowską naturę wśród stada cudnych młodzieńców?! Czy czeka nas fala yaoihintów?! I czy w końcu zabiorę się do śniadania?!

Okej, te trzy ostatnie zdania się nie liczą.

Wracając do samego animu: OBŁYPIĘ. O ile jakoś sensownie to rozegrają, a po drodze nie zaplączą się jakieś traumy, wielokąty miłosne i o ile będzie dużo Ishidy. Seria zapowiada się całkiem przyjemnie, lekko i uroczo, przynajmniej tyle udało mi się stwierdzić na postwaie jedenastu minut. Nie to, żebym była jakoś specjalnie prywiązana do przygód z lekka zemowaciałego pół-Francuza (ten ojciec. TRAUMA), ale to. Stanowczo. Za krótko. Chociaż ej, ja mam dwie serie do nadrobienia. I "Krzyżaków" do przeczytania, okej.

ヒコ聖之


Conotkowego Polecacza część druga. Nie mogłam się powstrzymać po tym, jak rodzicielka zabroniła mi dzisiaj puszczać tych Japończyków, bo ona przez całą noc nuciła sobie ich piosenki. No mam ja nadzieję, że bez efektów dźwiękowych (czyt. Zangeshitsu to zła piosenka jest). Kyhy. Innymi słowy: jest takie fajowe śpiewające duo Fero☆men złożone z Kousuke Toriumi i Suwabe Junichi. Dla hardkorów i tych, którym japońskie teledyski nie przeszkadzają ~ IROHA UTA! Ja wysiadłam. Gwoli rozróżnienia: ten z czarnymi piórami to SuwaJun, a ten z czerwonymi to Wiśniewski w przebraniu Toriumi Kousuke.

No dobrze, tamci dwaj to Fero☆men, za to sam Zespół przez duże Zet z większą ilością apetycznego chłopa to Sta☆men. Zbieg okoliczności, he he. Większa ilość chłopa zwie się Daisuke Kishio, Kenichi Suzumura, Hiroki Takanashi, Hiroyuki Hoshino i Makoto Yasumura. Razem siedmiu panów, coś takiego.

A przynajmniej tyle udało mi się wyssać z japońskiej Wikipedii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz