niedziela, 19 grudnia 2010

Michael and His Michaelness


by: 東条さかな


(autorka arta rysuje smukłych, długonogich przystojniaków z "I'm too sexy for my shirt" wypisanym na twarzy.)

Nie chcę snuć domysłów, a rawy i tak są łatwo dostępne, więc z notką o nowym rozdziale PH poczekam do wyjścia skanlacji. Zamiast tego, oto krótka, przyjemna recenzyjka płyty "Michael", uwaga, Michaela Jacksona. S-szok desu.

Acz wydaje mi się, że byłoby trochę ZBYT krótko, gdybym od razu przeszła do recenzji, bo jest na niej tylko dziesięć piosenek (w porównaniu z poprzednimi płytami to trochę mało), więc porozwodzę się jeszcze nad samą płytą.

Generalnie, na początku miałam do niej stosunek sceptyczny, bo ani zwiastun, ani całe "Breaking News" za bardzo mnie nie zadowoliło, a już wieść, jakoby wokalistą nie był Michael, ostatecznie ostudziła mój zapał. Ale pewna grupka fanów uparcie twierdziła, że to nie jest płyta MJa, że to oszukaństwo (dobrze, że nie kłamaństwo, bo bym się chyba popłakała), a $ony - nie Sony - to banda żerujących na ludziach snobów. Tak, a w swojej kwaterze głównej mają salę tortur, w razie gdyby jakiś początkujący artysta się stawiał... No błagam.


Sony to WYTWÓRNIA MUZYCZNA. Oni promują muzyków i ZARABIAJĄ. Robią pieniążki. To oczywiste, że po śmierci takiego muzyka wydają wszystko, jak leci, bo z tego idą pieniądze. Nikt mi nie wmówi, że nie obchodzą go zarobki, a liczy się podążanie za marzeniami. Okej, mogę podążać, ale co z tego, skoro nie będę miała za co kupić butów? A z czego miałby żyć taki dźwiękowiec? Z tańca na rurze? P-p-powodzenia.

Sami fani się wypowiadają, że płyta to jedna wielka popowa papka. E... Serio? Przecież to jest pop. Michael Jackson = King of Pop i takie tam. Ja rozumiem, że szok, bulwers i jak oni śmieli to zrobić, ale ludzie, trochę dystansu. Głośne protestowanie i obklejanie swoich profilów napisami This is NOT It i tym podobne nie są oznaką rozsądku, a tak emocjonują się głupawe nastolatki, oneoneeleven.

Ale i tak nic nie przebije tekstu Will.I.Ama, który rozłożył mnie na łopatki, zabił i wgniótł w ziemię. Piosenkarz twierdzi, że to nie jest płyta Michaela, bo on nie pracował nad piosenkami. No ciekawa jestem, jak miałby to zrobić, skoro nie żyje. Zstąpi z niebios i będzie wisiał nad producentem i jak ten Duch Święty natychał Apostołów, tak? Cokolwiek interesująca wizja, że tak to ujmę.

A propos interesujących wizji - pewien malarz, konkretnie: Dan Lacey, namalował serię obrazów, z których jeden przedstawia gołego Michaela siedzącego na łóżku. Wait, nie, nie gołego. Ma rękawiczkę. Ma rękawiczkę, zakrywa nią sobie to, co powinien... i śpiewa. Z zamkniętymi oczami. Padłam trupem po raz kolejny, huh.

Dobra, nagadałam się, będzie tego. Płytapłytapłyta.



by:
だい


1. Hold My Hand (z Akonem)

Pojawiło się na youtube króciutko po śmierci Michaela, ale ta wersja jest poprawiona. Dodali sporo smaczków, Michael więcej śpiewa, a poza tym szepcze na koniec, jak ja uwielbiam szepczących facetów. Urocze. A poza tym... "Akon & MJ". I tyle. To mnie absolutnie rozczuliło i za każdym razem, kiedy to słyszę, muszę, po prostu muszę się uśmiechnąć. Ot, taki pozytywny wpływ. Piosenka idealnie pasująca do kiwania się i bez tego, o czym będę pisać później, czyt. zmiennej dynamiki. Poza tym, dodatkowym fanserwisem jest sam Akon - rany, jak ja lubię tego faceta. Nie dość, że jest uroczy i ma świetny głos, to jeszcze uroczo się uśmiecha. Czekoladowe ciacho, jak powiedziała niejaka Beata Tyszkiewicz po występie Jaya Delano w "Tańcu z Gwiazdami".


2. Hollywood Tonight

Nie wiem czemu, ale do wczoraj, czyli do pierwszego przesłuchania płyty w całości (link tutaj), rozumiałam tonight jako together (zaćmienie umysłu?) i zastanawiałam się, o czym będzie ta piosenka. A piosenka jest o dziewczynie. Ściślej, o dziewczynie, która robiła wszystko, by zostać gwiazdą. No i nią została, ale... wiadomo.
Oprócz samej muzyki najbardziej podoba mi się tekst - niby opowiada jakąś historię, ale bez żadnych emocji, ani nie pochwala, ani nie gani. I nasuwa myśl, że może ten Michael nie jest takim słodkim niewiniątkiem, tylko poprzez piosenkę chce subtelnie wyrazić swoje A Nie Mówiłem i A Dobrze Ci Tak. Muzyka z kolei... ujmę to tak: to takie drugie Blood on the Dancefloor - przyjemnie się przy tym tańczy z partnerem. Nie to, żebym próbowała, ale jednak. A pod koniec mamy okazję usłyszeć absolutnie trafione i boskie gwizdanie. W utworze udziela się Taryll Jackson, bratanek Michaela, jeden z trzech synów Tito, tworzących grupę 3T.


3. Keep Your Head Up

Piosenka, jakiej Michael jeszcze nie śpiewał, czyli "nie-poddawaj-się". Niech nikt nie weźmie tych myślników za kpinę, ja w żadnym wypadku nie! Idea godna pochwały, a sam utwór jest z pewnością lepszy od tego typu piosenek polskich gwiazdeczek pokroju Paulli i nie, nie twierdzę tak dlatego, że jestem fangirlem Michaela. On po prostu jest jakościowo lepszy. Wracając do tematu, Keep Your Head Up znów jest stworzone do kołysania się/podśpiewywania pod nosem, ale tym razem mieszanka dźwięków różnych a przyjemnych została wzbogacona o gospelowy chór, zupełnie jak w Keep The Faith. Odziane w granat czarne siostry zakonne aż stają przed oczami.



usunięte z pixiva, ale prawdopodobnie by:
東条さかな


4. (I Like) The Way You Love Me

Demo zostało wydane na Michael Jackson Ultimate Collection*. Ta wersja nieznacznie się od niego różni, znowu mamy kołysankę, ba, nawet z hurtową ilością "uuuuuuuuuu" (zawsze dziwię się, czemu do tekstów piosenek Michaela dodają te wszystkie jęki, wrzaski i tym podobne. A potem ludzie to tłumaczą). Bardzo sympatyczne. I romantyczne, och. A uroczy i rozbrajający jest początek, kiedy to Michael śpiewa i robi tututut przez telefon. Awwwww.


5. Monster (gościnnie i rapująco - 50 Cent)

No wreszcie. Moje cudowne, upragnione BUM! w głośnikach. Mocne, głośne, ostre i w ogóle. Swoją drogą, całkiem niezły protest song. Epickie były te randomowe, triumfalne "HA!". Całość wychodzi świetnie - rytmicznie, nieco wrzaskliwie i tak, jak lubię, czyt. kiedy Michael w jednej chwili myzia uszy swoich cichutkim, delikatnym głosikiem a potem zaczyna się chrapliwie wydzierać. Śliczne. A sam rap był tru.

6. Best of Joy

Najkrótszy i najmniej doceniany kawałek na tym albumie. I tu się dziwię - chociaż na oryginalnych, bardzo michaelowych albumach piosenki były zróżnicowane, a tutaj większość jest właśnie taka, jak ta - spokojna (powtarzam to po raz osiemnasty, ale naprawdę nie umiem znaleźć innego określenia), wręcz do snu, na uspokojenie. Tekst jest słodki, optymistyczny, a od nadmiaru komplementów, w domyśle prawionym michaelowej ukochanej, może zakręcić się w głowie. Ale hej, przecież to MICHAEL.

7. Breaking News

Najbardziej kontrowersyjny utwór, na który szczególnie rzucają się fani. Że najmniej Michaela, że to, że siamto... Można się zmęczyć. Mnie się tam podoba - bardzo rytmiczna, "mocna", co z tego, że głos jest trochę inny? Owszem, jest niższy, ale przecież przy 2000 watts fani też robili aferę i na YT nadal wisi "normalna" wersja, czyli ta szybsza i z wyższym wokalem. Nawet jeśli w kolejny protest song (nie narzekam!), brzmi całkiem seksownie. I wokal, i podkład są świetne, a że nie brzmi tak, jak powinno... inne gwiazdy też nie zawsze mają te same głosy.

8. (I can't make it) Another Day (z Lennym Kravitzem)

Szczerze mówiąc, byłam tą piosenką zaskoczona, bo na YT trafiłam na świetną drugą wersję. Wszystko byłoby klawo, gdyby nie pewne coś. Ta moja niefortunna "zmiana dynamiki". Brakuje mi jej. Tamta wersja jest niesamowita. Włączam ją przed snem, wsłuchuję się w fortepian, szepty, zmysłową pierwszą zwrotkę... a potem istne jebuuuut w słuchawkach i nici z zasypiania. I to było cudowne, z jednej strony delikatnie, niemal niesłyszalnie, a z drugiej głośno, rockowo i ochryple. Wersja z "Michael" jest rockowa od początku i nie ma tego zaskoczenia, ale wybaczam jej to ze względu na cudne gitary i tę solówę. I TĘ SOLÓWĘ, OCH TAK.

9. Behind the Mask

Uprzedzam lojalnie: to absolutnie nie będzie obiektywna opinia, bo kocham tę piosenkę wielką, puchatą miłoździą. Bo saksofon, bo chórki, bo wczesny, świeżutki i cieplutki jak bułeczka Michael Jackson z Thrillera... Ach, po prostu ach, nie wiem, jak mogę jeszcze wyrazić wspaniałość tej piosenki. Chciałabym minutą ciszy, ale jakoś nie bardzo pasuje... Więc po prostu gorąco polecam, nawet jeśli ktoś nie jest fanem MJa. Sama piosenka, oprócz tego, że cudowna, jest niesamowita (ja i moje wysławianie się), bo stanowi mieszankę głosu i stylu Michaela wcześniejszego z aranżacją Michaela późniejszego. To nie pasuje, ale: MRUUUUUUUUUUUUUU.

by: サボテリアン

10. Much Too Soon

Eeech, znowu. I co ja mam tu napisać, oprócz tego, że jest uroczo i sennie? Ach, może to, że tekst jest... smutny. Tak samo muzyka. Ta piosenka się nie spodoba, jeśli będziemy odsłuchiwać album po raz pierwszy, do tego trzeba się przyzwyczaić, to trzeba poczuć. Jak to się mówi? A tak. Że coś ma duszę. Więc ta piosenka ma duszę. Tak po prostu.

Podsumowanie? Jakie podsumowanie, przecież od razu widać, że mi się podobało. No ale dobrze. Album jest... zabrakło mi określeń, ale serio - świetny. Nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę też te wolniejsze piosenki, bo co innego przesłuchiwać wszystko jak leci, a co innego podzielić piosenki na "dynamiczne" i "niedynamiczne".
Anyway, mocna piątka.

Ach, bo zapomnę. Gwiazdka [*], czyli Michael Jackson Ultimate Collection. Jest to duże, pięciopłytowe wydanie, zawierające piosenki z okresów Off the Wall-Thriller, Bad, Dangerous, HIStory-Invincible i trochę dem (na czterech płytach) i koncert Dangerous Tour. Dodatkowo 56-stronicowa książeczka z danymi na temat piosenek i dem. Całość podana w ładnym opakowaniu z wytłoczonymi literami i sylwetkami Michaela w różnych pozach. Cokolwiek droga impreza, muszę przyznać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz