sobota, 27 listopada 2010

Kopniak w plecy przyda się zawsze

Ta, dzisiaj wyjątkowo nie jestem dzikim fangirlem swojego hasbendo.

...no to się pośmialiśmy, czas na poważne tematy. TAAAAA. Poważne. No, powodzenia.
Bo generalnie w ciągu ostatniego miesiąca nie wydarzyło się nic ani tak strasznego, ani tak fajnego, żebym mogła poświęcić temu chociaż jedno zdanko w tym poście. Albo nie, jednak coś się stało, wyszedł nowy rozdział PH. A tak poza tym bez zmian, moja grupa z niemieckiego nadal jest zaskakująco durna, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wiek, nadal poluję na przylepki w stołówce i jak na złość mi je wyżerają, chamy jedne, i nadal nie kupiłam prezentu na Mikołajki. ACZ. Powtarzam, ACZ. Szóstego grudnia jest u nas dzień bez mundurków, co oznacza jeden wielki kolorystyczny gwałt estetyki, a najlepsze, że my mamy się ubrać na czerwono. Pffff, już widzę te filigranowe, urocze dziouszki ze średnią 5.0, które przechadzają się po szkolnych korytarzach przyodziane w kardynalską purpurę. Ta. A najgorsze jest to, że żadna klasa nie dostała koloru różowego. Protestuję.

Tym razem mniejsza ilość spoilerów. Teoretycznie.
Na początek... Gil, nie myślisz. Ale o tym później.

Po pierwsze - okładka rozdziału. I tak, ten dziwaczny termin oznacza obiekt moich pisków od premiery do teraz, i będę się nim zachwycać jeszcze długo. Kreska Mochijun ładnieje z rozdziału na rozdział, aż czasem się dziwię, jak to możliwe, że styl rysowania może się tak zmienić. Owszem, u każdego się zmienia (o pani Takeuchi przez litość nie wspomnę), ale jednak. I czy tylko mi się wydaje, że głowa Sharon z czasem zrobiła się mniej okrągła?

Dalej, ZASKOCZENIE! Nie ma Elliotta! No dobrze, tak dobrze nie jest, Elliott obecny, ale w znacznie zredukowanych ilościach, że się tak wyrażę. Nic mnie tak w PH nie wnerwiało, jak on. To, że się tak wydziera ("What the hell" i "You have no shame" powtarzane do znudzenia są, och, nudne!), to, że ma tyle fanek, które twierdzą, że jest słodki... i nie wiem, jak prawdziwi, stuprocentowi mężczyźni, ale ja za na miejscu faceta niezbyt bym się z takiego epitetu ucieszyła. Ach, i jego idiotyczne reakcje. Ja rozumiem, że Japończycy to dziwaczni ludzie i mimo woli nadają swoje krajowe cechy postaciom, które z Japonii nie są, ale serio. Co prawda siostry mi nie ubili, bo jej nie mam, ale śmiem twierdzić, że w takim momencie byłabym w stanie ruszać się, myśleć i mówić.

Ubijanie i niemyślenie prowadzi do kolejnego zagadnienia, i nie chce mi się wierzyć, że nikt tego nie zauważył. No bo... wchodzi sobie Break do komnatki, słyszy, że Reim nie żyje i co robi? Niemy RAAAAAAAAAAGE i idzie walczyć. Z jednej strony go rozumiem, bo szok i tak zwane "omgwtf", ale... no, naprawdę nie dałoby się sprawdzić, czy jego przyjaciel naprawdę nie żyje? A tak facet polazł się tłuc i nawet, jeśli Reim jeszcze tam dychał, to po walce skończonej będzie trupem stuprocentowym. Człowieku, nie myślisz. Ale to już chyba mówiłam.

A scena, którą wspomniałam na początku i w tytule wpisu, czyli wejście smoka imieniem Gilbert, zasługuje na spuszczenie nań kurtyny miłosierdzia i była chyba najbardziej rąbniętą sceną w całym rozdziale, poza "I'm that man/idiot's left eye!". A gdyby tak ciebie ktoś kopnął w tyły, to jakbyś zareagował, hm? Mai hasbendo to czekoladowy Mikołaj i w środku jest pusty, a nerki to coś, co mają tylko wybrani, khy. Swoją drogą Break też nie lepszy - na początku myślał, że kopiącym był Reim. Tajasn'. Niby to było ojejuuuuuuu takie wzruszające, ale chłopcze, Reim myśli. Nawet, jeśli umiera, to myśli. Poza tym hej, kto śmiał tknąć mojego męża ━━━━━━(`Д゚)━━━━━━!!

I ej, gdzie moja Bardzo Wzruszająca Scena Z Reimem, Który Jednak Żyje? No gdzie, pytam się!
---

Z Ostatniej Chwili:

· Na połowę siódmego Pottera pójść do kina nie mogę, więc prawdopodobnie zrobię ładne oczka do taty i mi ściągnie. Chociaż wolałabym obejrzeć w kinie, jest w końcu ta atmosferka i popcorn. Ale domowe oglądanie też ma swoje zalety - nikt cię nie wkurza, nie kopie cię w siedzenie, nie obsypuje popcornem, nie ćlamie ani nie gada. Za to można zastopować, można do woli rzucać głupimi komentarzami (narzekam, a sama praktykuję!) na temat bujnej fryzury Voldemorta... Ech, home, sweet home.

· Ishimin vel Kaś vel Dracula vel Mój Żon, czyli znajoma rufusanka z klasy, narysowała ostatnio Rufusa z gołą klatą w wersji naprawdę mini, więc tak ją męczyłam, że w końcu narysowała większą. Chociaż i tak najseksowniejsze było rufusowe popiersie 2D, o którym dziewczyna powiedziała, że "to był pierwszy rysunek i nie wyszedł". Ta, już pędzę lecę wierzyć. W chwilach obcowania z (prawie) żywym seksem nie istnieje dla mnie termin "nie wyszło".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz